top of page

Zapomniany sequel, czyli "Blues Brothers 2000"


Powiedzmy sobie szczerze, sequele rzadko są dobre. Są oczywiście wyjątki potwierdzające regułę, ale zdarzają się średnio raz na dekadę.


Nie jest takim wyjątkiem (ponoć) "Blues Brothers 2000" - sequel, który nie odzyskał nawet połowy budżetu produkcyjnego i okazał się totalną klapą. Zjedzony przez recenzentów, wyparty z pamięci przez wielu fanów i wrzucony do wielkiego kubła tak zwanego "kina klasy B".


Film, który jest zły pod prawie każdym względem. Ale który... uwielbiam. Serio. Uwielbiam go tak, jak uwielbia się kulawego szczeniaczka lub kotka bez ogonka. Pomimo swoich oczywistych wad ma po prostu w sobie tyle entuzjazmu, ciepła i oddania, że nie sposób przejść koło niego obojętnie.

Aby mieć trochę szerszą perspektywę, cofnijmy się nieco w czasie...

Pierwszy film o braciach Blues powstał w 1980 roku i z miejsca stał się kultowy.

Co zapewniło taki sukces? Muzyka - w żadnym innym filmie (choć trochę konkurencji było) nie było takiego nagromadzenia gigantów sceny bluesowej, rockowej i soulowej. Aretha Franklin, Ray Charles, Cab Calloway, Chaka Khan, James Brown i wielu, wielu innych.

Samochody - film przeszedł do historii dzięki absurdalnie gigantycznym pościgom i setkom rozbitych radiowozów, a czarny Bluesmobil do dzisiaj jest marzeniem niejednego fana. I sam się do tej grupy zaliczam.

Humor - Aykroyd i Belushi to samonapędzający się duet niezwykłych komików, o nieprzeciętnych zdolnościach aktorskich, muzycznych i scenicznych Obsada - oprócz muzyków na ekranie zobaczyliśmy Carrie Fisher, Stevena Spielberga czy Twiggy


Dostaliśmy baśniowy musical pełen humoru, z największymi gwiazdami muzyki drugiej połowy XX wieku. Wybitne dzieło. Co zatem się stało z sequelem? Co poszło nie tak? Kto zawinił? Cóż, kinematografia nieco dojrzała przez 18 lat (bo, mimo tytułu, film nakręcono w 1998 roku), Aykroyd stał się podtatusiałym komikiem średniego pokolenia, a Belushi przedawkował w 1982 roku. Scenariusz jest kalką "jedynki", z niewielkimi zmianami i absurdalnymi skrętami w stronę magii, ezoteryki i mistycyzmu. Tyle na start. Ale co spowodowało, że film okazał się aż tak spektakularną klęską? Myślę, że fani pierwszej części oczekiwali czegoś... innego.


Przez dwie dekady widzowie, którzy śmiali się do rozpuku w roku 1980 z sytuacyjnych żartów i utytłanego błotem Belushiego błagającego o życie przed lufą broni, z której chciała go zamordować jego pozostawiona przy ołtarzu narzeczona... dorośli. Tak po prostu. Stali się pokoleniem 40/50-latków - i oczekiwali filmu, który dorósł razem z nimi. A tymczasem ten film taki nie jest. Rzućmy okiem na to jakie elementy znajdziemy w sequelu:

Muzyka - znów mnóstwo znakomitych kompozycji i standardów, większość tych samych gwiazd co poprzednio. Ale zaraz... Jest ich jeszcze więcej! Erykah Badu, Paul Schaffer, Billy Preston, B.B. King, Koko Taylor, Eric Clapton, Bo Diddley, Isaac Hayes, Jimmie Vaughan... Samochody - klasyczny Bluesmobil i sterty zniszczonych wozów policyjnych... tak, wszystko jest na miejscu, choć klimat rodzinnych sedanów z lat 90' nie jest już tak filmowy jak starsze o trzy dekady, muskularne krążowniki. "Szybkich i Wściekłych" też nie kręcono w Citroenach z jakiegoś powodu.

Humor - brak Belushiego daje się we znaki, ale Goodman wcale mu nie ustępuje. Mamy nadal mnóstwo sytuacyjnych gagów rodem z lat 80' i przerysowane w komiczny sposób postaci. Nie mówiąc o powtarzanym po prawie dwóch dekadach "We're on a mission from God", które nadal brzmi tak absurdalnie jak pierwotnie. Obsada - fakt, nie mamy tutaj wielkich gwiazd srebrnego ekranu, ale przy tak rozbudowanej obsadzie geniuszy muzycznych... myślę, że można nazwać to zdrową wymianą.


Czyli wszystkie składniki znakomitej "jedynki" są na miejscu.


Czemu zatem fani odwrócili się od "dwójki"?


Cóż... "Blues Brothers 2000" robi dwie rzeczy znakomicie - po pierwsze, śmieje się sam z siebie. Stawia w krzywym zwierciadle wszystko, co stworzono w pierwszym filmie. Pościgi, namawianie muzyków do występu, ucieczki przed policją, nawet same występy na scenie. Wszystko jest przedstawione w krzywym zwierciadle, niemal łamiąc czwartą ścianę i pozwalając obsadzie grać siebie. Kolejne 20 lat później uwielbiamy, gdy Deadpool naśmiewa się z przewidywalnych zagrywek Marvela - ale chyba nie skłamię, gdy powiem, że okolice roku 2000 nie były tak nastawione do kina. Zwłaszcza do sequeli ukochanych filmów z młodości. To przecież epoka znienawidzonych prequeli Star Wars, a raptem parę lat później fani linczowali Spielberga za to, że Indiana Jones rozmawiał z kosmitami. Nie wolno było ruszać sacrum starych filmów i koniec.

Druga sprawa to paradoksalnie... klimat filmu, który jest dokładnie taki, jak w pierwszym! I to chyba była największa bolączka dla fanów. Film nie dorósł ze swoimi widzami i został zrobiony tak, jakby nadal trwały barwne, absurdalne lata 80'. Nawet technologie postprodukcji trącą myszką, choć przecież 1998 rok to już całkiem niezłe możliwości CGI w świecie Hollywood (jak wspomniane Star Wars I-III czy hulające już studio Dreamworks).


I osobiście uważam, że to jest fantastyczne!


Dlaczego? Dlatego, że twórcy nie próbowali udawać, że film jest czymś więcej niż tylko muzyczną baśnią, pokręconym musicalem, cyrkiem na kółkach (dosłownie).

Fabuła jest komicznie banalna, wiele rzeczy nie trzyma się kupy - tak jak w połowie filmów z lat 80'!

Aktorzy grają czasem kwadratowo, sztucznie i do przesady - ale czym to się różni od Kevina czy Kosmicznych Jaj?

Recenzenci zarzucali producentom, że lokowanie produktu (cała scena w salonie Mercedesa, prezentująca wszystkie nowe modele 1998) i "dojenie franczyzy" to tylko chwyty dla zarobienia kasy.

Ale czy aby na pewno? Dan Aykroyd zrzucił prawie 40kg, by wcielić się znów w chudego Elwooda. Ani on, ani John Goodman (swoją drogą, znakomity jako "honorowy brat Blues") nie wzięli pieniędzy za swoje role, by starczyło na ważniejsze rzeczy. I trzeba przyznać, że rozmach produkcyjny filmu kilka razy kazał mi się zastanawiać jakim cudem stworzono ten film za zaledwie 28 milionów dolarów. Dla porównania, wydana w tym samym roku "Zabójcza broń IV" kosztowała prawie 150 milionów.

Czy to na pewno zalatuje naciąganiem na kasę, czy też bardziej hołdem dla zwariowanego filmu, w którym wielkie gwiazdy mogły się razem bawić, tworząc historię przed kamerami? Czy muzyczni giganci XX wieku wzięliby udział w czymś, gdyby nie widzieli w tym iskry znakomitego (na swój sposób) kina? Dziś, gdy oba filmy są już pokryte grubą warstwą patyny - warto je obejrzeć z przymrużeniem oka. Osiemnaście lat różnicy między nimi zatarło się już w historii - i na oba można spojrzeć jak na zwariowane, pokręcone komedie sytuacyjne rodem z czasów "Pogromców Duchów" czy "Szpiegów Takich jak My".

I przede wszystkim... można rozkoszować się genialną muzyką, której już dziś nie uświadczymy. Na pohybel recenzentom!




205 wyświetleń

Powiązane posty

Zobacz wszystkie

Comentários


bottom of page