top of page

Syndrom oszusta - codzienne Halloween artysty, twórcy i freelancera


Dziś Halloween, więc i temat będzie w strasznych klimatach. Powiemy sobie mianowicie o jednym z największych strachów nie tylko lektorów, ale tak naprawdę wszystkich osób, pracujących w kreatywnych zawodach. Chyba nie muszę nikomu przedstawiać tego stracha – to syndrom oszusta.


Zacznijmy od anegdotki. Neil Gaiman, jeden z najbardziej znanych współczesnych brytyjskich pisarzy fantasy, tak wspominał pewne spotkanie.


Kilka lat temu zaproszono mnie na zgromadzenie wielkich i wspaniałych ludzi: artystów i naukowców, pisarzy i odkrywców. I czułem, że oni w każdej chwili mogą zdać sobie sprawę z tego, że nie powinno mnie tam być, pomiędzy tymi ludźmi, którzy naprawdę coś osiągnęli. Drugiego czy trzeciego spędzonego tam wieczoru, stałem z tyłu pomieszczenia podczas gdy trwało muzyczne przedstawienie, i zacząłem rozmawiać z bardzo miłym, uprzejmym, starszym panem – między innymi o tym, że mamy tak samo na imię. Wówczas on wskazał na salę pełną ludzi i powiedział mniej więcej coś takiego: „Patrzę na tych ludzi i zastanawiam się, co ja tu, do cholery, robię? Oni osiągnęli niesamowite rzeczy. Ja po prostu byłem tam, dokąd zostałem wysłany.”. A ja odpowiedziałem: „Tak, ale byłeś pierwszym człowiekiem na księżycu. Myślę, że to się liczy.”

Neil Gaiman. Neil Armstrong. I zapewne również Albert Einstein, Elton John, Paul McCartney i William Shakespeare. Oni wszyscy bezsprzecznie osiągnęli wiele (a nawet mnóstwo!), i – prawdopodobnie – przynajmniej czasem mierzyli się z myślą, że przecież tak naprawdę nic nie potrafią, nie robią nic szczególnego. Nie to, co inni.


Syndrom oszusta: zmora każdego (?) twórcy


Zapewne czytając wspomnienia Gaimana wielu z Was poczuło się, jakby czytało swoje własne przemyślenia. Bo syndrom oszusta (ang. impostor syndrome) to, mówiąc najprościej, umniejszanie siebie i swoich osiągnięć. To niewiara w to, że coś potrafimy, że nasza praca jest wartościowa, że mamy talent. Po prostu mieliśmy szczęście, a tak naprawdę w każdej chwili możemy się „wyłożyć” i cały świat dowie się, że nie zasłużyliśmy na to, co osiągnęliśmy, a nasz sukces jest jedną wielką pomyłką.


Brzmi znajomo, prawda? Myślę, że syndrom oszusta to prawdziwa zmora wszystkich, którzy coś tworzą. Zwróćcie uwagę, że jest on znamienny dla tych, których pracę można uznać za w pewien sposób „umowną”, trudno mierzalną, wymykającą się wielu kryteriom. Maszyniści, spawacze, pracownicy biurowi, księgowi, celnicy, mechanicy, ratownicy medyczni – oni zazwyczaj się z takim strachem nie zmagają. Natomiast wszyscy ci, którzy zajmują się szeroko pojętą kreacją: piszą książki czy w ogóle jakiekolwiek teksty, są aktorami, piosenkarzami, performerami czy właśnie lektorami – o, oni syndrom oszusta zazwyczaj dobrze znają. Niech pierwszy rzuci mikrofonem, kto nigdy nie pomyślał sobie "zaraz ktoś odkryje, że ja się nie nadaję do tego zlecenia i nie mam pojęcia co robię".


Skąd się to bierze?


Psycholodzy upatrują przyczyn syndromu oszusta m.in. w wychowaniu – większe szanse na życie z tym strachem mają osoby, dorastające w rodzinach, w których dużą wagę przywiązuje się do sukcesów. Czasem jest to też naturalna konsekwencja zdolności i talentu: jeśli wszystko zawsze (zwłaszcza w dzieciństwie) stosunkowo prosto nam przychodziło, to obawiamy się, że nie mamy realnej wiedzy, umiejętności i zdolności, a jedynie szczęście. Nasze sukcesy postrzegamy jako coś, co „przyszło nam samo”, nie poświęciliśmy na ich osiągnięcie tyle pracy, ile (w naszym poczuciu) powinniśmy, więc tak naprawdę się nam one nie należą.


Syndrom oszusta: pozytywny bodziec czy wrzód na d…?


Na koniec zastanówmy się, czy to dobrze, czy źle, że syndrom oszusta daje się nam we znaki? Moim zdaniem wszystko jest kwestią podejścia. Jeśli czując oddech syndromu oszusta na karku intensyfikujemy swoje wysiłki, staramy się bardziej, dokształcamy się i zdobywamy nową wiedzę, by wykonywać naszą pracę najlepiej, jak umiemy – wówczas syndrom oszusta nie jest niczym naprawdę strasznym. To raczej motywator, pozytywny bodziec, który skłania nas do „bycia najlepszą możliwą wersją siebie” w naszym zawodowym życiu.



Jeśli jednak syndrom oszusta nas paraliżuje, odbiera nam wiarę we własne umiejętności i ogranicza naszą zawodową aktywność (bo przecież po co czegoś próbować, skoro i tak nic z tego nie wyjdzie?) – wówczas warto podjąć z nim walkę.


I już zupełnie na koniec, odrobina słońca dla wszystkich tych, którym syndrom oszusta przesłania niebo. Paradoksalnie, wedle wszelkich obserwacji, na syndrom oszusta najczęściej cierpią osoby zdolne i kompetentne. Więc jeśli Ty również zmagasz się z tym strachem, to najprawdopodobniej znaczy, że jesteś dobry/a w tym, co robisz.

Nawet, jeśli są dni, gdy trudno w to uwierzyć ;)

567 wyświetleń

Powiązane posty

Zobacz wszystkie

コメント


bottom of page